Krystyna Kwiatkowska

1953÷2005

Z ubóstwa języka bierze się ubóstwo myśli.
 

Wspomnienie Włodka Osińskiego


ODESZŁA W STRONĘ SHERWOOD

Wszystko miało być zupełnie inaczej. Jesienią umówiłem się z moją serdeczną przyjaciółką Krystyną Kwiatkowską na wywiad. Chciałem zrobić coś głębszego, niż tylko zwykłą rozmowę o jej malarstwie,poezji i planach na przyszłość. Znaliśmy się wiele lat i wiedziałem, że za fasadą mocnej i niezależnej kobiety, wędrującej tylko własnymi ścieżkami, kryje się także inna Krystyna czasem zagubiona i załamana, nie do końca przekonana o wartości swojego pisarstwa i kunszcie pędzla. Zasiedliśmy, więc w jej zastawionej obrazami pracowni przy gorącej herbacie i opadających za oknami liściach. Krystyna jak zwykle z nieodłącznym papierosem w dłoni rozpostarła przede mną obraz swojego dzieciństwa, dorastania,zmagań pisarskich, wielkiej potrzeby partnerstwa i niezależności. Po wywiadzie umówiliśmy się na kolejne spotkanie i sesję zdjęciową. Nie były nam one jednak pisane. Krystyna źle się poczuła. Mimo ciężkiego stanu nie wzywała pogotowia ani nie poszła do lekarza. Dopiero na błagalne prośby przyjaciela wezwała karetkę. Zmarła tego, samego dnia na powikłania związane z zapaleniem płuc. Odeszław stronę swojego ulubionego Sherwood, lasu, który tak często malowała. Wybaczcie, że w wywiadzie z uporem będę trzymał się czasu teraźniejszego gdyż Krystyna wciąż żyje i żyć będzie w naszych sercach.

KOBIETA CELTYCKA

Kiedy pojawiła się na scenie, mała salka Śródmiejskiego ForumKultury przemieniła się w gąszcz sherwoodzkiego lasu. Na proscenium zatańczyły elfy i gnomy, a z głębi sceny wychynęły postacie braciszka Tucka, Małego Johna, rudowłosej Marion. Wszystkim zebranym stanął przed oczami wspaniały i tajemniczy celtycki świat, w którym magia miesza się z rzeczywistością i wszystko, coniemożliwe staje się realne. Takie są jej wiersze, jej proza,energetyczne obrazy i ona sama - ulotna i nierealna, lecz jakżerzeczywista. Kobieta wyjęta z ram czasu, jak jej bohaterowie,“wyjęta spod prawa”. Może spod wszelkich praw. Nieobliczalna wswoich działaniach. Na tydzień przed premierą zrywa spektakl, który miał się stać jej aktorskim comebackiem, literackim debiutem teatralnym. - Moje opowiadanie nosi tytuł „Graj dalej, Valmont”, a ja właśnie zwątpiłam w istnienie Valmontów! – tłumaczy Krystyna Kwiatkowska. - Nie ma ludzi cynicznych dla zasady. Takie odkrycie warte jest spektaklu. Ja nie jestem profesjonalistką, muszę wierzyć w każde słowo, które wypowiadam, by przekonać innych.

Z MAŁEGO MIASTECZKA

Radomsko, gdzie się wychowywałam, to bardzo specyficzne miejsce. Banditenstadt - tak Niemcy za okupacji nazywali to małe, ale wyjątkowo zadziorne miasteczko. Prawie każdy był tu partyzantem,albo przynajmniej działał w konspiracji. Niesłychana solidarność mieszkańców sprawiała, że to raczej Niemcy bali się wychodzić pogodzinie policyjnej, a czasami i przed. To były naprawdę “wielkie dni” moich rodziców, wszystkich krewnych i ich przyjaciół. Nic dziwnego, że dla tych ludzi czas zatrzymał się w 1945 roku. Wychowywałam się wśród tych opowieści, które miały nauczyć mnie romantycznego patriotyzmu, ale w konsekwencji nauczyły czegoś zupełnie innego. Dość wcześnie uchwyciłam ludzki, psychologiczny sens tamtych wydarzeń. Zawsze będę szanować ludzi, którzy się nie poddają, nawet w najtrudniejszych okolicznościach. Z ich postawy przejęłam zdolność mówienia „nie” i tworzenia wysepek normalności w nie zawsze normalnym świecie.

O TYM, CO NAJWAŻNIEJSZE

Wyrosłam na kogoś, kto jawnie sobie kpi z wszelkich ideologii. We wszystkim, co robię szukam człowieka, bezpośredniego spotkania,szczerości, autentyczności. Nie interesują mnie wizytówki: komunista, katolik, Żyd, liberał. Ja chcę wiedzieć, o co temu człowiekowi chodzi w życiu, co czuje, co jest dla niego ważne. Ludzie często przypisują się do różnych grup ze strachu, by niezostać gdzieś na marginesie. A mnie właśnie interesuje taki pojedynczy, samotny człowiek. Jego strach i odwaga, siła i słabość. Człowieczeństwo. Tylko to jest ważne. Długie lata trwało, nim na nowo zaczęłam godzić się z Bogiem. Wniknąwszy nieco głębiej w ludzką naturę, przestałam obwiniać Boga za całe zło na Ziemi. Wróciłam do Niego. Z tym jednak, że ten powrót nastąpił poza wszelką religią. Bezpośrednio. Bardziej może poczułam, niż zrozumiałam, że On naprawdę jest i życzy nam jak najlepiej. Religie uczą wiary, a wiara jest zaledwie aktem rozumu. O wiele ważniejsze jest zaufanie, prawie dziecinne zaufanie, z jakim zwracaliśmy się kiedyś do matki czy ojca. Ten akt nie wymaga pośredników ani rytualnych form.

RODZICE

Mama była wspaniałą kobietą, niezwykle inteligentną i utalentowaną. Jej jedyny, tragiczny życiowy błąd polegał na tym, że zaprzepaściła to wszystko w imię jakiegoś absurdalnego posłuszeństwa wobec własnej matki. Babcia, jak pamiętam, zawsze wiedziała, co wypada, a co nie wypada, a jej największym zmartwieniem było: “co ludzie na to powiedzą”. Na przykład absolutnie nie wypadałoby kobieta “z dobrego domu” śpiewała na scenie. Mama miała wspaniały sopran, ja mam dużo gorszy głos, a mimo wszystko ciągle mnie korci, by zaśpiewać publicznie, jakby trochę dla niej i w jej imieniu. To taki dług za wszystko, co dla mnie zrobiła. Wspierała mnie zawsze w moich artystycznych planach.Nie chciałaby bym powtarzała jej błędy. Ja także tego nie chciałam. - Mama powtarzała mi często, że najlepiej jest robić z siebie słodką idiotkę. Nawet próbowałam. Powiedziałam sobie: albo mnie przyjmą taką, jaka jestem, albo do widzenia. I stał się cud: początkowo moi męscy przyjaciele, a potem i partnerzy zaczęli doceniać to, kim jestem, co mówię i co robię. W tej chwili inteligencja i poczucie humoru to znaczące składniki mojej kobiecej atrakcyjności. Mężczyzn, którzy tego nie cenią, po prostu niezauważam. - Największy kryzys to chyba ten po odejściu mojej mamy. Jej choroba i śmierć zbiegły się w czasie z wydaniem „Prosto z Sherwood” - książki, którą do dziś najbardziej kocham. Takiej zbitki wydarzeń nikt by chyba nie wytrzymał. Podnosiłam się z tego prawie cztery lata. - Mój ojciec najchętniej widziałby mnie jako Marilyn Monroe z siłą Schwarzeneggera i mózgiem Einsteina, pod warunkiem jednak, by moja inteligencja nie odbiegała zbytnio od tego, co prezentują blondynki w dowcipach. Pamiętam, jak kiedyś miał mi za złe, że nie pokonałam dwóch bandziorów, którzy napadli mnie w drodze do domu. Wiem, żebył dumny z moich sukcesów, nagród literackich, wydanych książek, ale nigdy o tym ze mną nie rozmawiał. W domu kobieta powinnamilczeć albo ćwierkać. - Po ojcowskich „błogosławieństwach” bardzo długo nie udawało mi się nawiązać trwałego, szczęśliwego związku. Patrzyłam na mężczyzn po trosze jak na wrogów. Bałam się ich, ciągle miałam wrażenie, że nie spełniam ich oczekiwań. “Na wszelki wypadek” zakochiwałam się w różnych nieudacznikach. Przyjaciele pukali się w czółko: Kryśka,kiedy wreszcie wybierzesz kogoś sensownego? A ja tych sensownych gości po prostu nie widziałam.

WOLĘ TYCH, CO BŁĄDZILI

Nigdy chyba nie miałam “planów na życie”. Ja raczej pozwalam mu się prowadzić. Jeżeli plany, to krótkoterminowe: napisać książkę, zrobić spektakl, namalować obraz lub cykl obrazów. Nigdy więcej. Staram się nie wykraczać poza to, co aktualnie mam do powiedzenia. Głęboko wierzę w mądrość samego procesu życia, który rozwija sięzgodnie z własną logiką i stawiając przede mną wciąż nowe problemy, prowadzi do kolejnych odkryć. Idę za tym, co mnie pociąga, fascynuje, w czym czuję wyzwanie. Jestem zdecydowanie typem wędrowca, a nie farmera, który sadzi drzewa z nadzieją, że za 20 lat zbierze z nich pierwsze owoce. Jestem niecierpliwa: muszę odrazu widzieć efekty swojej pracy. Dlatego mało planuję, a dużo robię i rzadko doświadczam rozczarowań.

W STRONĘ PARTNERSTWA

W Europie już od średniowiecza było wiadomo, że miłość uskrzydla i daje natchnienie poetom. Stan zakochania jest bardzo bliski temu, jakiego doznaję pisząc książkę. Zdarzało mi się nawet zakochiwać w swoich bohaterach i gorzko płakać, gdy zgodnie z logiką opowieści musiałam ich uśmiercić na końcu! Dlatego coraz bardziej dbam o szczęśliwe, choć nie naiwne, zakończenia. Pisanie to także wielka afirmacja, to magia o niewiarygodnej sile. Sytuacje, jakie kreujesz, w krótkim czasie mogą zaistnieć w twoim własnym życiu albo i w świecie. Pisząc scenariusz o Krystynie Skarbkównie, fenomenalnej kobiecie-szpiegu z czasów II wojny światowej,przyciągnęłam sobie pewnego Andrzeja - imiennika Andrzeja Kowerskiego, wielkiej miłości tamtej Krystyny. W moim życiu pojawiły się w tym czasie i inne postaci analogiczne do tamtych, historycznych. Zbieżność imion i nazwisk czasami stawiała mi włosy na głowie. - Kocham, ale nie staję się niewolnicą. Jeśli coś się dzieje nie tak, do upadłego walczę o swoje prawa. Przez to rozleciało mi się parę związków, ale wcale tego nie żałuję. - Właściwie dopiero mój ostatni partner, przekonał mnie, że w związku może panować szczęście i harmonia. Nic dziwnego - muzyk. Jest dużo młodszy ode mnie, ale wolę mu patrzeć w oczy niż w metrykę. Taki związek, to świetny test na ludzi: jedni widzą nasze szczęście, a drudzy tylko różnicę wieku. Z kilkorgiem znajomych musiałam się już rozstać z tego powodu. Ale nie żałuję. Przyjaciele mojego wybranka od początku zaakceptowali nasz związek i w bardzo naturalny sposób przyjęli mnie do swego grona. W moim kręguoczywiście także są ludzie, którym ta „dziwna para” wcale nieprzeszkadza. Młodość to nie wiek, to charakter. - Przypomnę warunki, jakie postawiła pewna celtycka królowa: „Niechbędzie dzielny w walce, bo i ja jestem dzielna w walce. Niechbędzie szczodry, bo i ja jestem szczodra. Niech będzie czuły, bo ija jestem czuła”. Jest w tych zdaniach wielka mądrość. Od partneratrzeba wymagać tego samego, co i od siebie. Mężczyzna dla mnie? Szczery, odważny, wrażliwy, inteligentny, twórczy, z poczuciemhumoru, dawno mi się nie zdarzyło wygłosić takiego peanu na własnącześć.

NIGDY W ŻYCIU

Próbowałam kiedyś, tuż po studiach, pracować w biurze, na etacie. Wytrzymałam dwa i pół miesiąca. Potem już wolałam wbijać zęby wścianę, niż znowu dać się zamknąć na 8 godzin dziennie. Zasmakowałam w życiu, które jest swobodne pod każdym względem. Jeśli chcę, to wsiadam w pociąg i jadę do Gdańska, by się przejść brzegiem morza. Co więcej, lubię to! - Niezależność to chyba największe odkrycie XX wieku. Większe niż penicylina i bomba atomowa. Dawniej ludzie widzieli w zależności od innych sens własnego życia. Była zależność niewolnicza, feudalna, wojskowa, rodzinna. To, co nazywano miłością, też stanowiło jakąśformę uzależnienia. Nikomu nie mieściło się w głowie, że można kochać drugiego człowieka, a jednocześnie realizować własne życiowe plany i marzenia. Że można wyżej stawiać własną godność niż miłosny związek. Ideałem było poświęcenie. Modelowym przykładem takiego poświęcenia jest żona alkoholika. Nigdy nie mogłam tego zrozumieć i szczerze mówiąc, nawet się nie starałam. Dla mnie utrata niezależności to po prostu śmierć.

OSTATNI ROZDZIAŁ

Jestem w bardzo ciekawym punkcie realizacji twórczej; wiele już osiągnęłam (wydane książki, nagrody, wystawy), a czuję, że jeszcze więcej przede mną. Chciałabym kiedyś móc powtórzyć zdanie z listu od pewnej pani, która ma obecnie ponad 80 lat: „Płynę po szerokim oceanie, które ciągle się rozszerza”. To wspaniała osoba. Czuję się zaszczycona jej przyjaźnią. Chciałabym w jej wieku móc powiedziećto samo.

spisał: Włodzimierz Adam Osiński www.arslibra.pl
Tekst opublikowany pierwotnie w czasopiśmie "Czwarty wymiar"

Wykonanie strony: Rafał K. Sikorski; © Krystyna Kwiatkowska; Hosting: www.gryzzly.com