Krystyna Kwiatkowska

1953÷2005

Zawsze są jakieś boczne drzwi.


Rozdział jedenasty

Czas nadchodzi

fragment

(...)

Tymczasem rycerze Artura rozproszyli się po świecie.

Pierwszy wyruszył Parsifal, który od dawna już był gotów do tej drogi. Czekał na nią. Czekał i modlił się, o ile w ogóle potrafił się modlić ten naiwny walijski chłopiec z ciałem wychudzonego, trawionego gorączką wyrostka, a duszą poganina. Raz już spotkał Kielich i pozwolił mu wymknąć się z rąk. Dla Blancheflor.

Ale przecież została mu dana druga szansa.

Sądził, że szybko odnajdzie Ziemię Jałową i zamek króla Pellesa, ale jeszcze szybciej zabłądził w walijskich lasach i radość z wolna zaczęła go opuszczać, gdyż widział, że nieprędko znajdzie z nich wyjście. Tu się urodził i wychował, nieraz przemierzał knieje w pogoni za dzikiem, ale teraz nie rozpoznawał tych miejsc. Przypomniał sobie, co mu powiedział kaleki król: "Tutaj czas płynie inaczej, szybciej lub wolniej, kręci się w kółko albo cofa o dni, miesiące, wieki; czas staje się przestrzenią..." Wtedy nie rozumiał tych słów, teraz skojarzył je mętnie z obecnością Kielicha. I w pewnym momencie powstało w nim straszne podejrzenie: może stało się właśnie coś takiego, może jest teraz w przeszłości albo w przyszłości i nigdy już nie zobaczy swoich bliskich?

Tymczasem wilki pożarły jego konia, a on sam uniknął śmierci tylko dzięki błyskawicznej ucieczce na drzewo. Umiejętność wspinania się po oślizłych pniach została mu jeszcze z chłopięcych czasów i błogosławił ją teraz, choć dygotał z zimna i ze strachu. Wilki czekały na dole. Ich czerwone, złe oczy świeciły w ciemnościach, krążąc wokół drzewa jak rój błędnych ogników.

- Diabelska sprawka - mruknął sam do siebie.

Ledwo to powiedział, zobaczył, że coś porusza się w gałęziach. Wielki wąż zsuwał się z górnego konaru i sunął powoli w jego stronę. Wtedy krzyknął przeraźliwie i zaczął wzywać Boga na pomoc.

I stał się cud: w leśnej głuszy zajaśniały pochodnie, dało się słyszeć parskanie koni i ludzkie głosy. Wilki pierzchły w popłochu, a wąż zatrzymał się, nasłuchując; nie spuszczał jednak wzroku z twarzy Parsifala. Po chwili spomiędzy drzew wynurzyli się jeźdźcy, a na ich czele dama na białym koniu. Śmiała się wesoło, mówiąc coś do swoich towarzyszy.

Tu jestem! - chciał krzyknąć Parsifal, lecz z gardła wydobył mu się tylko jakiś zduszony charkot. Mimo to piękna pani skierowała wierzchowca w jego stronę. Kiedy stanęła pod drzewem, wąż zsunął się nagle i zwinął u jej stóp jak wierny pies.

- Bóg cię zesłał, pani, kimkolwiek jesteś.

- Nic nie dzieje się bez woli Najwyższego - odrzekła i zaprosiła go do swojej kompanii. Kazała swoim sługom dać mu konia i płaszcz, a potem poprowadziła na polanę, gdzie było sucho, płonął wielki ogień, a nieopodal stał wygodny i obszerny namiot. Dama lekko zeskoczyła z konia i weszła do środka. Któryś z rycerzy odezwał się drwiąco do Parsifala:

- Na co czekasz? Idź do strumienia, nie wejdziesz chyba brudny i śmierdzący do łoża damy.

Do łoża damy! Czym na to zasłużył? A może to znowu jakaś nieczysta sprawka? Ale poszedł do strumienia i choć przemarznięty do szpiku kości, rozebrał się do naga i zanurzył w lodowatej wodzie.

Kiedy się kąpał, jego ubranie zniknęło.

Nagi, zawstydzony i ociekający wodą poprosił rycerzy, by dali mu jakieś okrycie. Ale oni roześmiali się.

- Przed Nią każdy stoi nago.

A więc wszedł do namiotu i sam się zdziwił, że jego wstyd zniknął nagle, choć dama, ubrana, patrzyła na niego kocimi, zmrużonymi oczami.

Na stole stało mięso i owoce. Parsifal mimo woli rzucił na nie okiem.

- Jesteś głodny, posil się, proszę - rzekła łaskawie.

Rzucił się na mięso. Było smakowitsze niż na dworze króla Artura, a owoce słodsze i bardziej soczyste. Jadł, zerkając na damę, czy aby nie śmieje się z niego. Przeklęta chłopska natura - biczował w duchu sam siebie - nawet w obliczu miłości daje pierwszeństwo potrzebom brzucha. Ale wstyd nie zmniejszał jego apetytu.

Dama nie śmiała się. Wolno obracała w palcach czarę z winem. W zamyśleniu przyglądała się swojemu odbiciu w purpurowym płynie. A kiedy wreszcie podniosła wzrok, Parsifal poczuł, że uginają się pod nim kolana.

To była Blancheflor.

- Tak, to ja - powiedziała z uśmiechem. - Kto lepiej ode mnie zna twoje przyzwyczajenia? Twój wieczny chłopski głód? Twój wstyd, upokorzenie, strach, marzenia o innym, lepszym życiu?

Milczała chwilę, a potem nagle prysnęła na niego winem. Czerwone krople spłynęły jak krew po jego nagim ciele. Blancheflor zaśmiała się cicho.

- Ty zaś nie wiesz o mnie nic.

Jej twarz rozjaśniła się, stając się podobna do twarzy anioła. Przemożna siła rzuciła Parsifala na kolana. Trwał w zachwycie, nie mogąc wykrztusić słowa. Ale wiedział, że musi zapytać, tym razem musi zapytać.

- Kim jesteś?

- Wysłanniczką Kielicha - odrzekła.

Skulił się. Szczęście zmieszane z niejasną trwogą zamieniło go w twardą, wbitą w ziemię kulę. Nie oddychał i nie śmiał podnieść głowy. Blancheflor zaś mówiła dalej:

- Jeszcze dziś w nocy możesz ujrzeć Kielich i ponieść go swoim towarzyszom do Camelotu. Ty, Parsifal, chłopski syn, którego wyśmiewano z powodów tak głupich, jak nieumiejętność czytania i pisania. Tobie właśnie została dana szansa, by ukarać pysznych...

- Prowadź więc - szepnął.

Powstrzymała go władczym gestem ręki.

- Zacząłeś pytać, a więc i sam zostaniesz zapytany. I radzę ci, zastanów się dobrze nad odpowiedzią... Ucichły wszelkie głosy na zewnątrz, wiatr przestał marszczyć płachty namiotu i nawet płomień lampy zamarł w bezruchu na tę krótką chwilę.

- Jaką cenę gotów jesteś zapłacić za spotkanie ze Świętym Graalem?

- Każdą - odparł bez namysłu.

- Czy również cenę życia swojej matki?

Zbladł śmiertelnie i zachwiał się. Milczał. Blancheflor położyła mu ręce na ramionach, patrząc w oczy łagodnym, uspokajającym wzrokiem. Jej twarz... Twarz anioła...

- Tak.

Drżał cały i szczękał zębami, a własne ciało parzyło go jak sopel lodu, kiedy powtarzał w zapamiętaniu: Tak, tak, tak, tak, tak.

Ujęła go za rękę i wyszli z namiotu. I zaledwie opuścili polanę, zniknął namiot, ogień, rycerze i Blancheflor. Parsifal pomyślał, że teraz objawi mu się święty kielich. Było tak cicho... Ale nic się nie działo. Czekał do świtu, a kiedy rozjaśniło się, zobaczył, że znów ma na sobie swoje podarte łachy; że jest brudny, głodny i spragniony, bez konia i oręża... i beznadziejnie oszukany. Poszedł więc przed siebie, nie wiedząc, dokąd.

- Zapłaciłem... zapłaciłem... zapłaciłem... - powtarzał wściekle, przedzierając się przez gąszcz.

ż w końcu dotarł do ludzkich siedzib. Śmiertelnie zmęczony, zapukał do pierwszej z brzegu chaty. Drzwi nie były zamknięte. Wszedł do środka.

- Wróciłeś, synku - usłyszał cichy, starczy głos, dobiegający z barłogu za paleniskiem. Przez chwilę miał wrażenie, że ziemia się pod nim zapada.

- Wiedziałam... - mówiła matka. - Wiedziałam, że wrócisz... Że cię nie omamią...

Skoczył do niej i zdążył jeszcze chwycić ją w objęcia. Skonała mu na rękach. Jej chude, starcze palce wczepiły się w jego włosy, a na ustach zakwitł blady uśmiech szczęścia i zamarł w tym kształcie jak zasuszony kwiat.

Parsifal nie płakał. Wył.

A kiedy jego rozpacz sięgnęła szczytu, dojrzał koło siebie mały, kamienny toporek służący kiedyś do ćwiartowania tusz upolowanych przez niego zwierząt.

Jednym ciosem pozbawił się męskości i, oszalały z bólu, popędził w las.

Nikt już nigdy potem o nim nie usłyszał.

(...)

Wykonanie strony: Rafał K. Sikorski; © Krystyna Kwiatkowska; Hosting: www.gryzzly.com