Krystyna Kwiatkowska

1953÷2005

Z dwóch dróg najlepiej wybrać trzecią.

Tworzę świat

Patrzę czasami na mojego ojca, jak siedząc przy oknie czyści swoje wędkarskie przybory. Pewnie nigdy już ich nie użyje. Jest stary. Składa się ze zmarszczek, chorób, lęków, obsesji i niespełnionych marzeń.

Od kiedy pamiętam, zawsze taki był. Nosił po prostu na sobie jakieś piętno starości, niezbornej i  ociężałej. Wbijał w ściany własne palce zamiast gwoździ, a kiedy próbował naprawić kran, uszczelki wyskakiwały przez okno. I słusznie. Całe jego życie było za oknem. Godzinami mógł siedzieć i liczyć chmury. Jeśli się go wyrwało z tej zadumy, odpowiadał ni w pięć ni w dziewięć. Często zwyczajnie brał wędki i znikał na trzy dni. Nigdy nie przyniósł z tych wypraw nic poza bajeczkami o taakim szczupaku.

Rzadko odwiedzam rodziców. Widok ojca doprowadza mnie do pasji. Jestem jego przeciwieństwem: baba twardziel, pałą nie dobijesz. Mnie się nic nie wymyka z rąk. Ja organizuję świat, tworzę go od fundamentów. Jestem architektem. Na moim biurku rodzą się domy, szkoły, szpitale. Takie jak trzeba, nowoczesne i funkcjonalne. Bez mazgajstwa.

Teraz pracuję nad czymś ekstra. W lesie nad jeziorem Rokickim ma powstać nowe, ekologiczne osiedle, takie ze słonecznymi bateriami i własną oczyszczalnią ścieków. Kaprys miejscowych bogaczy. i dobrze. Można poszaleć, koszty nie grają roli. To ma być wizytówka miasta, ale i moja, kto wie? - może nawet przepustka na Zachód? Osiedle Rokickie; nie, raczej Osiedle Dębina. Lepiej brzmi. A jeśli tam nie ma dębów? To się posadzi. Lubię dęby. w świecie drzew są tym, czym lwy wśród zwierząt: moc, majestat, władza..... i żołędzie dla dzików - podpowiada Piotruś. Piotruś to mój synek. Ma pięć lat i też chce zostać architektem.

Piotruś, czyli wszystko, co zostało z mojego małżeństwa.

Bawi mnie myśl, że los czterdziestu najbogatszych rodzin w mieście jest teraz w moich rękach. Tak: prawdziwą władzę nad ludźmi ma ten, kto decyduje, jak daleko będą mieli do łazienki.

Praca nad projektem tak mnie pochłonęła, że nawet nie miałam czasu obejrzeć miejsca przyszłej budowy. Drobiazg. Dostałam dobre mapy, geodezja tym razem wyjątkowo nie nawaliła. Nie mogło być żadnych niespodzianek.

Ale z końcem kwietnia wjechały buldożery i... zaczęły się schody. Jedna z maszyn zapaliła się bez widocznej przyczyny, druga wylądowała w jeziorze. Nikomu wprawdzie nic się nie stało, ale ludzie zaczęli szemrać, że to zły znak. Nazajutrz ogłosili strajk, żądając podwyżki i dodatku za pracę w niebezpiecznych warunkach. Klienci, rzecz jasna, nie chcieli o tym słyszeć. Rozmowy przeciągały się. w końcu doszli jakoś do porozumienia, ale ledwo robota ruszyła, drzewo przygniotło mechanika. Podobno był zalany w pestkę, ale to bez znaczenia. Każdy pretekst jest dobry, żeby się wymigać od roboty.

Ja im pokażę strajk. Mój volkswagen jak kosa ścinał młode brzózki. Pięć minut i byłam na miejscu.

- Co się tu dzieje? Do roboty, lenie parszywe! Macie pięć sekund: raz... dwa... trzy...

- Ta robota nie ruszy - odezwał się jakiś cwaniak.

- Las się burzy - dodał drugi. Można się było urżnąć samym jego chuchem. - z lasem jeszcze nikt nie wygrał, paniusia też nie.

- Cztery...

- Straszno nawet tam włazić - zabełkotał trzeci. Jego mina była bodaj jeszcze rzadsza niż włosy.

- Straszno, mówisz? Pięć!

Żaden się nie ruszył, tylko paru zachichotało głupawo. Poczułam, że mała przechadzka dobrze mi zrobi. Nie dali się wziąć na krzyk, więc może naprawdę trzeba ochłonąć i przemyśleć dalszą taktykę.

Ścigana paroma dziesiątkami ironicznych spojrzeń, powoli wspinałam się po zboczu. Las wokół mnie gęstniał. Wkrótce straciłam z oczu teren budowy i zrobiło się... straszno. Zielonkawy półmrok tłumił wszystkie dźwięki. Chwilami nie słyszałam nawet własnych kroków. Taka cisza zdarza się czasami w snach i nie wróży wtedy niczego dobrego.

W tej ciszy, niczym najwspanialszy barokowy kościół, wypiętrzyła się nagle grupa starych dębów. Dokładnie w miejscu, gdzie zaprojektowałam kryty basen.

W porządku, trzeba będzie zrobić małą korektę. Basen przesunie się w lewo, a willę Kuciaków nieco w górę. Dęby muszą zostać.

- ...jak tych kilku starców, których oszczędzono, by mogli opłakiwać swoich bliskich - odezwał się za mną jakiś głos.

Odwróciłam się gwałtownie. Nie, to nie był nikt z budowy. Zobaczyłam dziwnie ubranego osobnika, który powoli zsuwał z głowy kaptur. Miał dziwne oczy. Gdyby rentgen umiał być życzliwy, te oczy można by bez wahania zaliczyć do typu rentgenowskich.

- Kim pan jest?

- Sługą lasu - odrzekł z powagą.

- Więc leśniczym. Mówże pan po ludzku.

Uśmiechnął się nieznacznie:

- A także jego przyjacielem, głosem, samym lasem wreszcie.

Wszystko jasne.

- Miło mi - sztywno kiwnęłam głową, robiąc krok do tyłu.

- Nie kłam - roześmiał się. - w tym lesie nie wolno kłamać. Wcale ci nie jest miło. Boisz się. Bierzesz mnie za wariata.

Dopiero teraz dotarło do mnie, że on czyta w moich myślach. Jasnowidz? To jeszcze gorzej niż wariat.

Istnienie wariatów nie przeczy przynajmniej logice i zdrowemu rozsądkowi.

- Czyta pan w moich myślach - powiedziałam, starając się panować nad głosem - więc wie pan już, że jestem projektantką osiedla, które tu...

- Nie stanie - przerwał ostro. - Las nie życzy sobie krytych basenów, dyskoteki ani kortów tenisowych. Las nie życzy sobie też ludzi, którzy chcą tu mieszkać.

- Las, proszę pana, nie życzy sobie żadnych ludzi; ale na szczęście nie las tu rządzi.

Nie odpowiedział. Milczenie przedłużało się. Głucha, waciana cisza znowu spowiła wszystko. Taka cisza potrafi być torturą.

- O co ci chodzi? - zapytałam w końcu. - Przecież nie ruszę tych dębów.

- Nie ruszysz tu nawet trawki.

Doprawdy? Chwyciłam pierwszą z brzegu, okazałą kępkę, pociągnęłam z całej siły i... nic. Mocno tkwiła w ziemi. Tak samo druga, trzecia i następne. W końcu dałam za wygraną.

- Czasami - powiedział nieznajomy z lekkim uśmieszkiem - trzeba się poddać. - I nagle rzucił krótko:

- Chodź.

To był rozkaz. Poszłam za nim, potykając się o wystające korzenie i gubiąc buty w grzęzawiskach. w duchu przeklinałam własną głupotę. Po godzinie tego marszu byłam zmęczona, głodna, moje pończochy przestały istnieć, a płaszcz nadawał się tylko na szmaty do podłogi. Ale widziałam wiewiórki i sarny, a potem jeszcze samotnego łosia-przeżuwacza. Stał, kontemplując własne odbicie w kałuży. Rogate, kopytne ucieleśnienie leśnej mądrości.

Jak wrócę, opowiem Piotrusiowi. On tak kocha zwierzaki.

Szłam dalej... jak na smyczy. Ta dzika wędrówka zaczęła mi się nawet podobać. Niespodziewanie wyszliśmy na brzeg rzeki. Wielki Boże! w płytkich zakolach aż gotowało się od ryb. Gdyby mój ojciec znał to miejsce...

Ledwo zdążyłam to pomyśleć, zobaczyłam go. Siedział na drugim brzegu, wsparty plecami o pień brzozy. Wędki w futerale leżały obok. Nawet ich nie rozpakował.

Miał zamknięte oczy. Jego twarz była odprężona, spokojna, prawie szczęśliwa. Wydało mi się, że otacza go jakaś złota mgiełka. Poczułam się jak intruz. Najlepiej byłoby wycofać się po cichu.

- Nie usłyszy cię - powiedział nieznajomy - ani nie zobaczy. Jest daleko. Dalej niż sądzisz. Rozmawia teraz z dzikim, wolnym, radośnie smutnym...

Poczułam, że wypełza mi na twarz jakiś głupkowaty uśmieszek, ale nic nie mogłam na to poradzić.

- Nie wiedziałam.

- A wiedziałaś, że pisze wiersze?

- On?

- Cholernie dobre wiersze.

- A... wydrukowali mu coś?

- Ty to zrobisz. Są w jego biurku, pod pudełkiem na spławiki. Znasz się na poezji?

- Nie.

- To bez znaczenia. Dzikie, wolne, radośnie smutne samo zadba o to, żeby te wiersze trafiły w dobre ręce. Ono chce mówić...

Dzikie, wolne, radośnie smutne. Trudno pogodzić się z myślą, że mały nieudacznik może być posiadaczem wielkiej tajemnicy. a może ta wielka tajemnica jest jedną z tych, które objawiają się tylko małym nieudacznikom? Ta złota mgiełka musiała być zaraźliwa. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że coś mnie ominęło, coś bardzo ważnego.

Bez słowa weszłam do rzeki. Woda wydawała się dziwnie ciężka, spowalniała ruch, jak we śnie. Ta przeprawa trwała chyba całą wieczność. Gdy wreszcie dobrnęłam na drugi brzeg, było już ciemno. Na niebie srebrzyła się pełnia.

- Wiedziałem, że kiedyś przyjdziesz - powiedział ojciec, nie otwierając oczu.

- Przez te wszystkie lata - mówił - patrzyłem na ciebie, myśląc: Boże, oto moja córka. Moja córka nie ma serca, nie ma rąk, jest kaleką bez ciała; ma tylko głowę, która wyrzuca z siebie kilometry linii prostych. Moja córka nigdy nie zapłacze, bo w świecie linii prostych nie ma miejsca na łzy. Ale kiedyś przyjdzie. Musi przyjść po księżyc i po własną słabość.

- Myślę - uśmiechnął się po chwili - że dobrze jest, gdy dzikie, wolne, radośnie smutne dotknie nas swoim ciemnym skrzydłem. Bo z niego, dziecinko, jest niepokój i ruch, i czułość, i tęsknota za tym, co niemożliwe. Czym bylibyśmy bez tego? Niezdolni rzucać słów na wiatr, jak topole rzucają swój puch, ulotne marzenie o innych topolach?

- Tatusiu.

Uklękłam przy nim i starłam łzę, płynącą po jego policzku. Otworzył oczy.

Były dzikie, wolne i radośnie smutne.

Świtało już, gdy nieznajomy ujął mnie za ramię i w milczeniu odprowadził na skraj lasu.

Zobaczyłam nieruchome maszyny, kilka drzew wyrwanych z korzeniami, zrytą ziemię i poczułam się tak, jakby mi kazano patrzeć na człowieka żywcem obdzieranego ze skóry.

Nagle stało się dla mnie przeraźliwie jasne, że żadnego osiedla nigdy tu nie będzie.

- Rany się zabliźnią - powiedział jakiś obcy głos w mojej głowie.

Cztery kolejne firmy budowlane musiały skapitulować. Las zyskał złą sławę, a po mieście zaczęły krążyć najdziwaczniejsze plotki.

Jakby coś do mnie przylgnęło. Ludzie unikają mojego wzroku. Nastąpiła jakaś zmiana, subtelna, lecz wyraźna. Nawet moje nowe projekty są jakieś inne. Pojawiło się w nich coś, co się nie podoba klientom. Może ich niepokoi. Stajesz się artystką - mówi Michał, nowy mężczyzna mojego życia i zarazem pierwszy, z którym łączy mnie coś więcej niż wspólna kuchnia i sypialnia.

Piotruś też go polubił. Należymy do nielicznych osób, które mają odwagę zapuszczać się w głąb przeklętego lasu. Piotruś chciałby tam zamieszkać, gdy dorośnie. Na pewno? Na pewno. On już to wie. Ja zaś wiem, że pewnego dnia napotka w tym lesie dzikie, wolne, radośnie smutne i że od tego dnia nie będzie już miało znaczenia, gdzie się jest, bo wszędzie będzie tak samo trudno i tak samo szczęśliwie.

Dopiero po śmierci ojca odważyłam się zajrzeć pod pudełko ze spławikami. Potem czytałam całą noc.

Nieznajomy nie kłamał. To są cholernie dobre wiersze.

Wykonanie strony: Rafał K. Sikorski; © Krystyna Kwiatkowska; Hosting: www.gryzzly.com