Krystyna Kwiatkowska

1953÷2005

Z dwóch dróg najlepiej wybrać trzecią.

Boczne drzwi


Zdarzyło się to w dniu, gdy miałem przyjąć święcenia kapłańskie. Już od rana czułem się jakoś nieswojo. Potem rozbolała mnie głowa, aż do mdłości. Miałem wrażenie, że jestem brudny, że coś jest ze mną nie w porządku. Im bliżej katedry, tym bardziej nie w porządku.
A miał to być przecież najradośniejszy dzień w życiu. W życiu mojej matki. Babcia nie żyła już od kilku lat.
Nie było mi łatwo. Tak na dobrą sprawę, nigdy nie chciałem być księdzem, ale nie miałem odwagi złamać rodzinnej tradycji.
Tradycję tę ustanowił mój najczcigodniejszy prapradziadek (a nawet jeszcze bardziej pra), który dzięki cudownej interwencji Najświętszej Panienki wyniósł cało z bitwy pod Racławicami nie tylko głowę, ale i nogę. Trochę potem kulał i łamała go podagra, ale w końcu nie można żądać za wiele. Tak czy inaczej, w podzięce za ten cud jedna osoba z każdego pokolenia musi przywdziać habit lub sutannę. Inaczej cały majątek przejdzie w ręce Kościoła. Prapradziadek zastrzegł to w testamencie.
Bogiem a prawdą, z całego majątku zostały cztery złote łyżeczki, patera i portret owego prapradziadka. Od dzieciństwa patrzył na mnie groźnie ze ściany w jadalni. Nie wiem czemu, ale zawsze miałem wrażenie, że przygląda mi się w jakiś szczególny sposób. Byłem najmłodszy z rodzeństwa. Reszta chodziła już do szkoły. Zrozumiałe, że nie mieli zbyt wiele czasu dla kogoś, komu jeszcze się zdarza nasiusiać w łóżko. Za to matka i babcia miały go bardzo dużo. Opowiadały mi o niebie i aniołkach, zabierały do kościoła, a w Boże Ciało na procesję. Procesja mi się podobała, tylko smuciło mnie, że nie jestem dziewczynką i nie mogę sypać kwiatków.
Babcia wytłumaczyła mi jednak, że być chłopcem, to coś lepszego niż sypać kwiatki. Zaczęły się opowieści o wojnach, powstaniach, legionach i partyzantach. Już się wybierałem walczyć i umrzeć za Ojczyznę, gdy wyszło na jaw, że matka i babcia mają co do mnie inne plany.
To było jakoś niedługo po śmierci ojca. Miałem jedenaście lat. Pamiętam, był listopad, jakaś okropna pogoda, a ja miałem anginę i nie mogłem iść od kościoła. Skorzystałem więc z okazji, by dobrać się do biblioteki. Tam były dwie stare książki lekarskie. Kiedyś zajrzałem babci przez ramię. Widać było całych ludzi, ze wszystkim. I kobiety, zupełnie gołe, z długimi włosami. I różne okropności.
Z wypiekami na twarzy kartkowałem księgi, szukając ilustracji, gdy nagle wyczułem pod palcami coś twardego. To była fotografia, stara, sepiowa fotografia pana z wąsikiem na tle Wezuwiusza.
Podniecony odkryciem, zawołałem Julka.
- To wujek Wacek - powiedział mój osiemnastoletni brat.- Facet z jajem. Zwiał z aktoreczką do Ameryki. Tak zupełnie to o nas nie zapomniał, bo przysyłał paczki po wojnie. Ale przynajmniej wypiął się na ten cały bogoojczyźniany burdel.
Pomyślałem z przestrachem, że albo Julek się myli, albo ten wujek Wacek popełnił jakiś okropny grzech.
- Kto ci to powiedział?
- Podsłuchałem.
Matka z babcią weszły tak nagle, że nie zdążyliśmy ukryć ani książek, ani fotografii.
- Miałeś się modlić za duszę ojca - głos matki sprawił, że w pokoju powiało sybirskim chłodem. - Co tam masz? - wyrwała mi zdjęcie, które nieudolnie chowałem za sobą.
- Zapewne powiedziałeś mu o wszystkim?
- Nie - ku mojemu zdumieniu brat, zamiast się skulić i zapaść pod ziemię, uśmiechnął się nagle bardzo szeroko. - Ani słowem nie wspomniałem o romansie ciotki Heni z tym inżynierkiem od mostów, ani o bękarcie ciotki Katarzyny, ani o tym, że dziadek Józek brał morfinę, a stryja Dobka zamknęli za kradzież kasy pułkowej. Przysięgam, że ani słówkiem nie zająknąłem się też o...
- Milcz! - matka uderzyła go w twarz z taką siłą, że zatoczył się pod ścianę. - Milcz, bezbożniku!
- A co ma Bóg do tego?
Matka uderzyła jeszcze raz. Julek wybiegł z pokoju i nigdy go już więcej nie widziałem. Słyszałem tylko, jak pakuje swoje rzeczy. Potem trzasnęły drzwi na dole.
Do tej pory nie wiem, co się z nim dzieje. w domu nie wspomina się nawet jego imienia. Po prostu został wymazany jak wujek Wacek i inni. Cóż, rodzina była liczna, mogła sobie pozwolić na drobne ubytki.
Od tego dnia kino się dla mnie skończyło. Książki wybierała mi matka. W telewizji mogłem oglądać dziennik i niektóre stare filmy z Eugeniuszem Bodo. Babcia chciała mi i tego zabronić, ale matka uparła się, że muszę poznać życie, skoro moim przeznaczeniem jest spowiadać ludzi z grzechów.
Eugeniusz Bodo nic mi nie zrobił, a jednak nie cierpiałem go z całej duszy.
Reńkę, moją "nazeconą" z przedszkola, mogłem widywać już tylko przelotem w drodze do szkoły. Kiedyś był z niej kawał łobuza. Pierwsza biegała na jabłka do dzikiego sadu za osiedlem, bawiła się w rozbójniczkę z chłopakami, a od okolicznych szklarzy musiała chyba brać prowizję od każdej wybitej szyby. Teraz wyrastała na śliczną dziewczynę o czarnych włosach i spojrzeniu, które dosłownie zwalało mnie z nóg. Kiedyś ukradkiem wcisnęła mi w rękę garść śliwek. Nie mogłem wykrztusić słowa. Wydawało mi się, że w jej oczach muszę być czymś niewiarygodnie śmiesznym.
Śliwki miały zapach jej dłoni i ukryłem je po poduszką jak skarb.
Mimo wszystko nie przyszło mi nawet do głowy, by sprzeniewierzyć się rodzinnej tradycji. Portret prapradziadka wciąż łypał na mnie groźnie ze ściany, a słowa: Bóg, piekło, honor i grzech, po latach tresury, działały na mnie jak gwizdek na psa. Ale było mi coraz trudniej. Seminarium przeżyłem, pocieszając się, że później jakoś będzie. Dopiero gdy nadszedł dzień święceń - upalny, czerwcowy - obleciał mnie prawdziwy strach.
Poszedłem do katedry modlić się, by Bóg dodał mi sił.
Usiadłem w ławce i oparłem głowę na rękach, próbując zatonąć w modlitwie. Bóg jednak tego dnia był głuchy. Zamiast światła i spokoju przypływały do mnie dźwięki, obrazy, zapachy, smak jabłek z sadu za osiedlem, aksamitna gładkość śliwek Reńki, głos matki, wąsik wujka Wacka, balsamiczny, gorący aromat młodych sosen... nie mogłem się skupić. Podniosłem głowę.
Nie byłem już w kościele. Byłem w lesie. Otaczali mnie ludzie w średniowiecznych strojach.
- Kim jesteście? - zapytałem, oszołomiony.
- Przyjaciółmi twojego dzieciństwa.
Tak. Przypomniałem sobie. Julek dał mi kiedyś tę książkę na urodziny. Nie musieli się już przedstawiać.
- Witajcie - próbowałem się uśmiechnąć, ale coś mnie ścisnęło w gardle. Halucynacja czy nie, to było... jak pozdrowienie od brata. a może znak?
Poszliśmy w dół, ścieżką wijącą się wśród starych dębów, grabów i wiązów. w prześwitach migotała srebrna tafla jeziora. Usiedliśmy nad brzegiem.
- Zawsze chciałem mieszkać nad jakimś jeziorem - odezwałem się, gdyż tamci milczeli wyczekująco. - Może mnie wyślą.
- Kto cię wyśle?
- Ksiądz nie zależy od siebie.
- Jesteś księdzem?
- Będę nim za parę godzin.
- Piękna przyszłość - rozpromienił się braciszek Tuck. - Twoje zdrowie, konfratrze.
Milczałem, patrząc, jak drobne fale liżą skrawek piasku pośród szuwarów.
- Coś cię gnębi? - zapytał Robin Hood. - Powiedz, może znajdziemy jakieś wyjście.
- Nie ma wyjścia.
- Nie przesadzaj. Zawsze są jakieś boczne drzwi.
- Nie dla ludzi honoru.
- Wobec tego - uśmiechnął się nieznacznie - porozmawiajmy o honorze.
Bóg, Ojczyzna i piekło - skojarzenia wysypały się jak z rozbitego automatu. I jeszcze matka z babką: dwie ogromne wilczyce, dyszące groźnie nad małym kundelkiem. Tym kundelkiem byłem ja.
Ta psia wizja przywróciła mnie do rzeczywistości. Co łączy Boga, Ojczyznę, dwie wilczyce, kundla i honor? Niewiele. Musiałem przyznać, że niewiele.
Ale gdzieś jeszcze, w najciemniejszym zakątku lasu, czaił się Szatan w czarnej szacie i koronie z płomieni.
- Ktoś mądry - powiedział w zamyśleniu wódz leśnej bandy - wypowiedział kiedyś zdanie, które mnie zastanowiło: "Szatan to Bóg, tyle że w formie obowiązku". Co ty na to, Tuck?
- Tym kimś nie byłem ja - burknął braciszek.
Marion roześmiała się dźwięcznie i nagle, bez ostrzeżenia, pobiegła do wody, rozrzucając ubranie po trawie.
Jej nagość mogłaby być nagością Reńki. Eksplodowałem purpurą. z przerażeniem patrzyłem, jak inni rozbierają się i wskakują do jeziora: na końcu kusy braciszek, mój przyszły konfrater.
- A ty? - spojrzał koso.
Potrząsnąłem głową. Nie miałem zamiaru brać udziału w orgii. Orgia za to miała zamiar wziąć udział we mnie.
Nigdzie poza moją wyobraźnią jej nie było Tamci bawili się radośnie, pryskając wodą i dokazując jak dzieci. Raz po raz ktoś kogoś przewracał albo wciągał pod wodę. Mimo woli zacząłem się śmiać.
A potem dołączyłem do nich i wierzcie mi, ta woda miała w sobie coś, co ugasiło we mnie na zawsze ciemne ognie piekła.

Kościelny zapalał już świece przy ołtarzu. Matka w pierwszej ławce cichutko pochlipywała ze szczęścia i poprzez mroczną przestrzeń kościoła posyłała mi całusy jak żołnierzowi idącemu na wojnę.
Zawsze są jakieś boczne drzwi.
Były tuż za mną. W dodatku przesłonięte grubym filarem.
Teraz mieszkamy z Reńką w domu nad jeziorem. Mamy już dwójkę dzieci. Nie wyobrażam sobie innego życia.
Z moją matką nie widziałem się od tamtego czasu. Może czeka na jakiś gest z mojej strony, a może dołączyłem do tych, o których się nie mówi w rodzinie.
Cztery złote łyżeczki, patera i portret prapradziadka zapewne przeszły na własność Kościoła.
Wykonanie strony: Rafał K. Sikorski; © Krystyna Kwiatkowska; Hosting: www.gryzzly.com