Krystyna Kwiatkowska

1953÷2005

Z ubóstwa języka bierze się ubóstwo myśli.


Wspomnienie Witolda Jabłońskiego


"To nie była dziewczyna łatwa, oj, niełatwa…", chciałoby się zanucić za Bohdanem Łazuką tekstem Jeremiego Przybory, wspominając moją przyjaźń z Krystyną. Bo też była to przyjaźń, co się zowie "szorstka", trochę jak między dwoma rywalami po piórze, połączonymi wszakże wspólnymi zainteresowaniami i środowiskiem. Nasza Poetessa potrafiła być często zadziorna, bezkompromisowa, prowokująca trudne dyskusje i konflikty. Urodzona solistka, indywidualistka, skupiona na własnym, wewnętrznym świecie i w wiecznej niezgodzie z (niemal) całym światem realnym.

Miałem okazję ujrzeć Ją po raz pierwszy w latach 70. ubiegłego stulecia, w klubie studenckim 77 na Turnieju Jednego Wiersza. Jako świeżo upieczony student polonistyki wpatrywałem się z fascynacją i ledwie uświadomioną zawiścią w niedostępny wówczas dla mnie jeszcze Stolik Sławnych Artystów. A młodym trzeba wyjaśnić, że w tamtych czasach bycie Znanym Literatem znaczyło o wiele więcej, niż dziś. Literaci byli wówczas elitą i na tle zgrzebnego wciąż, acz już gierkowskiego PRL , wyróżniali się strojem i sposobem zachowania. Krystyna i jej młodzi przyjaciele: Zdzisław Jaskuła i  Andrzej Babaryko , kultywowali wówczas styl hipisowski, toteż przypominali stadko barwnie upierzonych ptaków. Nie wiem, o czym rozmawiali, ale na pewno zwracali na siebie uwagę. I tworzyli specyficzną atmosferę ezoterycznego kółka, do którego niejeden chciał się dostać.

Przyszły potem ponure lata 80., których mrok rozświetlały słynne przyjęcia na ulicy Wschodniej u Zdzisława Jaskuły, gdzie można było spotkać całą masę ludzi już znanych lub dopiero stawiających pierwsze kroki w owym zaklętym kręgu. Były jednak także imprezy u Krystyny na Alei Kościuszki, w  domu naprzeciwko SPATiF-u, w pomysłowo urządzonej pracowni. Niesamowita atmosfera, morze alkoholu, stosy niedopałków i dyskusje po świt. Prawdziwie legendarne, niezapomniane imprezy. A wśród grona ekscentryków naszej bohemy królowała Ona: zawsze inna, osobna, odrębna, choć otwarta na cudze dziwności.

Kiedy wspominam Jej postać, nasuwa mi się jeszcze jedna piosenka: "Boso, ale w ostrogach". Krystyna szła przez świat jako wieczna outsiderka: odważnie i dumnie, choć czasem bez butów na zimę. O ile wiem, tylko raz podjęła krótkotrwały eksperyment etatowej pracy, poza tym była urodzonym "wolnym strzelcem", co naturalnie wiązało się z nieustannymi kłopotami finansowymi. Obrazy, jakie malowała, nie zawsze się dobrze sprzedawały, toteż, choć ze swojego domu mogła niemal wszędzie chodzić na piechotę (do wydawnictw, teatrów, księgarń, nawet na dworzec), nie zawsze miała w czymś wyjść dosłownie. Nie przeszkadzało Jej to jednak iść z duchem czasu. W odpowiednim momencie, przy wydatnej pomocy przyjaciół, kupiła komputer i dość szybko dostosowała się do wymogów nowej rzeczywistości.

Jakkolwiek w poezji uprawiała tzw. "małą prywatność", jeśli chodzi o prozę, dość dobrze wyczuwała nowe trendy. Stąd niewątpliwie wzięła się fascynacja celtycką magią i legendami. Szukała w nich świata alternatywnego wobec dominującego u nas katolicyzmu, a także postaci niepokornych, zbuntowanych, rzucającym, jak Ona, dumne wyzwanie światu, boskim demiurgom i przeznaczeniu. Zaowocowało to ciekawymi utworami o wiedźmie Morganie i Robinie Hoodzie. Te zainteresowania mocno nas wówczas (lata 90.) do siebie zbliżyły. Pamiętam nasze wspólne dwie wizyty na Retkini w mieszkaniu Andrzeja Sapkowskiego, którego Krystyna, wbrew zresztą opinii dużej części własnego środowiska, traktowała jak odkrycie i autentyczne objawienie literackie. Spotkania te ugruntowały nasze poszukiwania w obrębie gatunku fantasy i utwierdziły w słuszności obranej drogi.

A potem… (że tym razem zacytuję Mariana Hemara) "przyszło życie zwykłe i swą robótkę zrobił czas…" Ostatnim wspomnieniem, dotyczącym Krystyny był już, niestety, Jej pogrzeb. I pejzaż jesiennego cmentarza, przez który wydawało mi się, że widzę odchodzącą Poetkę: w zielonej sukni i jednym z niesamowitych kapeluszy, z wymykającymi się spod ronda niesfornymi rudymi kosmykami, uśmiechniętą zalotnie i tajemniczo. Odchodzącą do swego wyśnionego, baśniowego świata, może schronienia wesołych banitów w lesie Sherwood, a może zasnutego mgłami, mitycznego i mistycznego Avalonu.

Witold Jabłoński

Wykonanie strony: Rafał K. Sikorski; © Krystyna Kwiatkowska; Hosting: www.gryzzly.com